Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Tutaj można dyskutować na tematy ogólnie związane z grami planszowymi, nie powiązane z konkretnym tytułem.
Awatar użytkownika
Grzdyll
Użytkownik wspierający
Posty: 421
Rejestracja: 14 lip 2013, 22:06
Has thanked: 10 times
Been thanked: 12 times

Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Grzdyll » 19 lip 2018, 17:21

Różnego typu wątków "Top" jest tu sporo ale nie znalazłem (jeśli jest to proszę o przekierowanie) takiego, który mówiłby o takich grach, które stanowią dla Was punkty zwrotne w planszówkowym rozwoju. Mnie zawsze ten aspekt ciekawi u różnych osób bo pokazuje często jak się różnimy a przy okazji niektóre tytuły często się jednak powtarzają...

U mnie było tak:

Magia i miecz - okres podstawówki gdy jedyną konkurencją były szachy i Eurobusines. Gra pobudzała wyobraźnię i była cudownie wykonana jak na te czasy (a pojęcia losowość i długi czas gry jeszcze nie miały dla mnie znaczenia).

Carcasonne - gra dzięki której odkryłem to forum i ze zdziwieniem zobaczyłem że gry planszowe istnieją i dobrze się mają. Losowość nadal jeszcze mnie zupełnie nie irytowała i graliśmy w Carcasonne wieeeele wieczorów.

Puerto Rico - pierwsza prawdziwa gra (kupiona na postawie lektury forum), w której trzeba było podejmować realne decyzje, budować jakąś strategię i okazało się że tu wygrana daje faktyczną satysfakcję. Minus taki, że na Carcasonne już nie bardzo chciałem patrzeć... ;)

Tu nastąpił burzliwy okres próbowania wielu różnych tytułów w czasie którego przekonałem się np. że deckbuilding to nie moja mechanika (Kamień Gromu) i że gry krótkie wcale nie muszą być bezmyślnymi imprezówkami (For Sale). Przy okazji zacząłem coraz bardziej doceniać brak losowości, krótkość rozgrywki i klimat. Sporo ze znanych mi obecnie gier jest świetnych ale jedynie pojedyncze mają dla mnie ten magiczny pierwiastek przełomu:

Dixit - dzięki niej zobaczyłem że pozornie infantylny zestaw obrazków może służyć do rzeczywistego poznania kogoś i w grze ostateczny wynik wcale nie jest ważny jeśli po drodze istnieje frajda z samej gry.

Alchemicy - tu oczarowała mnie nie tylko kwestia nowości w postaci realnego wykorzystania aplikacji mobilnej ale przede wszystkim to, jak jest to świetnie przemyślana gra dedukcyjna. I to jeszcze w bajecznie pięknej oprawie.

Listy z Wchitechapel i Obecność - okazało się że gra jest świetna gdy budzi emocje. Również te oparte na przechytrzeniu przeciwnika i proste środki są tu najlepsze (a nie trzeba przy okazji kręcić i oszukiwać jak w grach typu mafia, za czym nie wszyscy przepadają).

Space Alert - odkryty dopiero niedawno ale na nowo definiujący pojęcie kooperacji w grze. Nie wiem czy w tej kategorii jest coś go w stanie jeszcze przebić.

A jakie są Wasze "przełomowe" gry?
Ostatnio zmieniony 19 lip 2018, 23:30 przez Grzdyll, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
donmakaron
Użytkownik wspierający
Posty: 2411
Rejestracja: 16 kwie 2009, 09:33
Has thanked: 20 times
Been thanked: 47 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: donmakaron » 19 lip 2018, 17:30

Na start chyba Pandemic - pierwsza "poważna" gra, która pokazała co to planszówki i wciągnęła w hobby na amen.
Arkham Horror - pierwsza przygodówka, przy której spędziliśmy wiele godzin. Pokazała, że planszówki to nie tylko walka o punkty ;)
Battlestar Galactica pokazał jak szerokie mechanicznie i emocjonujące mogą być gry oraz dlaczego najważniejsze w tym hobby jest towarzystwo do grania.
Twilight Imperium 3rd - nie ma opcji, król może być tylko jeden. Jeśli miałbym zostać przy jednej grze do końca życia, to bez wątpienia byłoby to TI.
TIME Stories - po kilku latach stagnacji w hobby pokazuje się przygodówka jakiej jeszcze nie było, na którą czekałem przez te wszystkie lata nie wiedząc o tym. Nikt tak o grach planszowych do tej pory nie myślał, coś wspaniałego!

Warto również wspomnieć o dwóch karciankach:
Android: Netrunner LCG to zdecydowanie najlepsza gra karciana na świecie i koniec.
Władca Pierścieni LCG - królowa gier kooperacyjnych, która zabawiała nas przez niezliczone wieczory i zabawiać będzie dalej.

Awatar użytkownika
kastration
Użytkownik wspierający
Posty: 823
Rejestracja: 08 kwie 2015, 21:37
Lokalizacja: Kalisch
Has thanked: 5 times
Been thanked: 18 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: kastration » 19 lip 2018, 19:31

Ciekawy wątek. Zachęca do refleksji nad pewnymi etapami rozwoju kolekcji. U mnie to będzie tak przykładowo:

Talisman - poznany w znacznie młodszej grupie przypadkowych osób, został przeze mnie implementowany do mojej grupy w celu wprowadzenia do gier i trafiło w dziesiątkę. Świetna zabawa, choć wymagająca pewnych home rules'ów. Potem już się grało w znacznie lepsze gry, ale nie od razu można wprowadzić laika w tytuły, o których mowa niżej, więc Talismana będę doceniał i mam z dwoma dodatkami pomalowany, bo kto wie, może jeszcze kiedyś pomoże mi kogoś wprowadzić w przygodę z grami.

Zimna Wojna - kupiona jeszcze, gdy okupowała pierwsze miejsce w rankingu BGG, totalnie zdobyła moje serce i osób, z którymi zacząłem grać regularniej (za wiele ich nie było). Później zacząłem poważniej patrzeć na wszelkie rankingi z grami i sortować pozycje pod kątem kształtowanego gustu. Mimo rozszerzenia kolekcji znacząco od tamtego czasu, trudno mi sobie wyobrazić detronizację Zimnej Wojny jako ulubionej gry (choć nie grywam zbyt często w sumie).

Robinson - idealne połączenie mechaniki z tematyką, co bardzo cenię w grach. Przygoda połączona z nutką matematyki i akceptowalnego poziomu losowości, a dodatkowo - przy dobrej grupie - całkiem ciekawa zabawa przy średnim poziomie zaawansowania. Doskonała do gry solo, ale i dobrze współpracującej grupie. Plus: jedyna kooperacja, do której mam ochotę wracać dłuższym czasem.

Tajniacy / Dixit - razem, jako dwie gry imprezowe, które zawsze cieszyły każdego, z kim grałem. Dobre pozycje integrujące i skłaniające do poszukiwania innych klasyków gatunku. Ale to właśnie od tych, dość cenionych w światku planszowym, gier się zaczęło przychylniejsze patrzenie na lekkie gry imprezowe.

Cywilizacja Poprzez Wieki - w zasadzie ma tylko jedną dużą wadę: jak ktoś lubi gry cywilizacyjne, to po poznaniu Cywilizacji pozostałe gry cywilizacyjne są narażone na porastanie pajęczyną. I to wystarczy w zasadzie. Graal gatunku.

Dracula - może ciut na siłę, a może niekoniecznie. Pierwsza gra w kolekcji w schemacie jeden przeciw wszystkim, świetnie sprawdzająca się w luźniejszej ale skupionej, grupie. Zwróciła moją uwagę na taki typ gier i jeszcze mocniej skłoniła do rozszerzenia kolekcji grami przygodowymi (pewnie i lepszymi, ale top dotyczy kamieni milowych, a nie ogólnie najlepszych gier w pewnych kategoriach).

Agricola - worker placement. Po prostu. Nieco podatna na paraliż decyzyjny, ale zmusiła do kupienia dodatków. Przyjęta się dobrze w każdym gronie, pozostaje w sentymencie jako coś "starego", co jednak jest wyciągane na stół i w dużym stopniu wpłynęło na gust.

Na koniec Star Wars Rebelia - w zasadzie nie gra, a doznanie planszówkowe. Bardzo czasożerna i stołożerna, ale nie wyobrażam sobie, by ktoś przyszedł z hasłem: "chcesz zagrać w Rebelię?", a ja bym odmówił. Skłoniła mnie do czytania o innych grach, w których opowiadane wydarzenia są najważniejsze, a rywalizacja co najmniej istotna, co napisany scenariusz epickiej historii.

Terraformacja Marsa - chyba najnowszy kamień milowy (jeszcze bez patyny). Parafrazując bo to dobra gra była... Jest i będzie. Bez przymuszania batem skłoniła członków mojej rodziny do kupienia własnych kopii, a i dodatki zostały wzięte. A to już sporo mówi. Zastanawiam się, kiedy nam się znudzi. W zasadzie nie chcę innej gry o podobnym mechanizmie zagrywania kart i budowania silnika Heinkla.

Trochę przydługa ta lista, ale czuję, że te kamienie milowe sporo zmieniły w moim postrzeganiu gier.
"Człowiek bez religii jest jak ryba bez roweru"
Mia San Mia!

Awatar użytkownika
Galatolol
Użytkownik wspierający
Posty: 1608
Rejestracja: 23 mar 2009, 13:03
Lokalizacja: Kraków/Paryż
Has thanked: 74 times
Been thanked: 39 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Galatolol » 19 lip 2018, 22:38

Długo grałem tylko w Neuroshimę Hex. W międzyczasie był roczny epizod (jeden z dwóch) MtG. Zajawka zaczęła się na dobre w 2012 za sprawą Gry o Tron. Pierwszy zakup już mając ekipę to był Eclipse. W ogóle pięć pierwszych gier w mojej głównej grupie to: GoT, Agricola, Wysokie napięcie: zostań menadżerem, Blood Bowl karciany i Eclipse. Bez żadnego zawracania sobie głowy gatewayami :wink:

Potem normalne koleje losu, raz większa zajawka na euro, innym razem na strategie... Najnowszym kamieniem milowym było odkrycie Heavy Cardboard i wejście w niszę tego hobby, teraz większość "normalnych" gier już mnie w ogóle nie kręci.

Z ciekawostek powiem, że właściwie od samego początku wiedziałem o istnieniu gier 18xx - nie mam pojęcia skąd, może przez jakieś wpisy Adama Badury?

Czasopismo Świat Gier Planszowych też odegrało ważną rolę, kupowałem je jeszcze zanim zacząłem właściwie grać.
Ostatnio zmieniony 20 lip 2018, 11:11 przez Galatolol, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Koziełło
Użytkownik wspierający
Posty: 434
Rejestracja: 13 cze 2018, 13:11
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 29 times
Been thanked: 38 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Koziełło » 19 lip 2018, 23:15

Moimi kamieniami milowymi były:
Eurobiznes - Jedyna wymagająca jakiegokolwiek pomyślunku gra planszowa (nie licząc gier na szachownicy) w czasach mojego dzieciństwa. Jak ja zazdrościłem kolegom - posiadaczom...
Magia i Miecz - To już sporo lat później - również gra (a właściwie seria, bo były dodatki) bez konkurencji w tamtych latach. Do dzisiaj gdzieś przewijają się pozostałości...
potem długo, długo nic, aż wreszcie
Wsiąść do pociągu: Europa - szukałem czegoś do pogrania z synem i sprzedawca zareklamował mi ją słowami Jak grał Pan kiedyś w Monopoly, to to jest podobne - zaryzykowałem, kupiłem i... wsiąkłem
Munchkin - dowiedziałem się (dzięki synu mój), że bez planszy i z kartami w ręku też może być zabawnie
Pandemia - gra, która pokazała mi, że kooperacja może być pociągająca
Tajniacy - już wiem, że "imprezówki" też mogą być fajne
Grand Austria Hotel - pierwsze cięższe Euro
??? - miejsce, na grę, która pokaże mi, że gra ameri może być interesująca
??? - miejsce, na grę, która pokaże mi, że da się grać solo i dobrze się bawić
??? - miejsce na...
Moja kolekcja
3Trolle - 6%, Mepel.pl - 4%

Awatar użytkownika
Nidav
Użytkownik wspierający
Posty: 432
Rejestracja: 14 sty 2016, 19:33
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 48 times
Been thanked: 85 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Nidav » 20 lip 2018, 02:02

Ciekawy temat! Aż się wypowiem, bo akurat planszówkowym geekiem zostałem jakieś niecałe trzy lata temu, nieco wręcz przez przypadek, dlatego zapewne niektóre z moich "kamieni milowych" będą się różnić od większości - Magię i Miecz znałem znałem tylko na papierze, Puerto Rico kojarzyło mi się jedynie z miejscem na mapie, a wysokie napięcie miałem w kontakcie. I tak też pierwszym kamieniem milowym był...

Wiedźmin: Gra Przygodowa - tak! Niezbyt lubiana tutaj gra Trzewiczka, którą kupiłem poniekąd przypadkiem - zobaczyłem, że znajomy wrzucił zdjęcie na fejsiku, całkiem fajnie to wyglądało, a że miałem nieco wolnych funduszy, to z ciekawości wziąłem udział w licytacji na Allegro. No i wygrałem. Z perspektywy czasu faktycznie nie jest to zbyt dobra gra, ale wtedy wydawała mi się czymś wręcz nieprawdopodobnym. I figurki! I te ładne customowe kości! I w ogóle Wiedźmin na planszy! Przyjemne to było bardzo i tak jakoś się stało, że potem zacząłem się interesować planszówkami bardziej. Teraz raczej grałbym w to z przymrużeniem oka, a mój egzamplarz został sprzedany mojemu bratu, który cały czas sobie tę grę ceni.

Agricola - pierwszy poważniejszy zakup, który rozpoczął kolejną serię kupowania co się tylko nawinie. Tu już zrobiłem jakikolwiek research i całkiem to fajnie brzmiało, zatem kupiłem, jeszcze wtedy w bonito, bo nie znałem żadnego sklepu planszówkowego. Po rozpakowaniu i przeczytaniu instrukcji przegraliśmy w nią z moim ówczesnym współlokatorem chyba cały dzień. Jakieś 7 partii pykło jak nic. Poznałem wtedy worker placement i następne zakupy - czasami nieudane - były podyktowane tą mechaniką, bo uznałem, że to genialne i totalnie będę kupował właśnie takie gry. Nieco głupie podejście, ale cóż. Na szczęście się wyleczyłem.

Magnaci - i tu kolejna gra, która w perspektywie czasu wydaje mi się średnia, niemniej rewolucyjna była dla mnie dlatego, iż była pierwszą grą kupioną na tym forum - nawet pierwszy post mam w wątku sprzedażowym odnośnie tej gry. Sama gra i tak była całkiem przyjemną dla mnie nowością i początkiem miłości do mechaniki area control/majority. Niestety parę rzeczy ostatecznie sprawiło, że ją sprzedałem - również bratu, który jako fan historii i samej rozgrywki grę tę pokochał. Po Magnatach i wyjątkowo przyjemnej transakcji zacząłem tu wchodzić częściej, żeby patrzeć na dział sprzedażowy, a z czasem rozpocząłem również jakieś takie mniejsze większe udzielanie się oraz czytanie kolejnych tematów.

Terra Mystica - po dziś dzień moja ukochana gra, dzięki której pokochałem asymetrię w grach. Kupiona w Empiku dzięki punktom z systemu kafeteryjnego, głównie przez wysokie miejsce na BGG i całkiem ciekawy opis, bo sama grafika mnie strasznie odstraszała. Nie żałuję; po dziś dzień chyba tylko w Zamki Burgundii rozegrałem więcej gier (i to tylko przez byłą dziewczynę, która się w nich zakochała i często graliśmy online). Poza tym TM ostatecznie udowodniła, że im mniej losowości i więcej strategii, tym lepiej.

Gra o Tron (2ed) - tu akurat nastąpiło u mnie rozwinięcie miłości do area control, chociaż w GoTa od zakupu grywam jakiś raz, dwa razy do roku. Niemniej dzięki niemu zacząłem kupować gry w stylu Pana Lodowego Ogrodu czy Godfathera.

Marco Polo - pierwsza gra oparta na kościach, którą kupiłem. Niezmiennie uważam, że to wyśmienita gra i jedna z nielicznych, którą kupiłem dawno, a regularnie ląduje na stół. Ostatnio liczyłem swoją małą kolekcję i wyszło na to, że po tej grze i przekonaniu się do kości ponad 1/3 gier (a żeby uściślić cały czas operuję na jakiś +/- 25 grach) to gry oparte o kości.

Osadnicy: Narodziny Imperium - druga gra w tym zestawieniu Trzewiczka, której największą siłą w moim postrzeganiu planszówkowego świata był fakt, że przekonała mnie do gier, które opierają się praktycznie wyłącznie na kartach. Niestety brak doświadczeń wcześniej z grami sprawił, że w swojej naiwności jakoś wolałem gry planszowe z faktyczną planszą. Ale ten stereotyp został skutecznie we mnie obalony i udowodniono mi, że nawet same karty mogą dostarczyć masę radości.

Great Western Trail - i na koniec dosyć abstrakcyjny kamień milowy, który uświadomił mnie, że tak naprawdę popularność danej gry może naprawdę mało znaczyć w kontekście osobistych preferencji i że nie warto opierać się jedynie na popularności czy długości hype trainu, który dana gra stworzyła. Do dziś chyba największy zawód w moim planszówkowym życiu i nigdy nie zrozumiem dlaczego ta gra jest tak uwielbiana. A przynajmniej nie zrozumiem subiektywnie, bo obiektywnie gra jest niezła. No, ale de gustibus non est disputandum - przynajmniej cieszy innych, a ja bardziej rozumiem swoje własne preferencje.

Do tego jeszcze warto byłoby wspomnieć, chociaż już nie jako kamienie milowe, o Alchemikach, Tzolkinie, Zamkach Burgundii, Szogunie i Pięciu Klanach. Nie aż tak znaczące, jak te które zmienił mój światopogląd, ale całkiem istotnie wpłynęły na moje gusta.
Ostatnio zmieniony 20 lip 2018, 10:29 przez Nidav, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Tyrek
Użytkownik wspierający
Posty: 589
Rejestracja: 10 gru 2011, 13:47
Lokalizacja: Lubin
Has thanked: 1 time
Been thanked: 2 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Tyrek » 20 lip 2018, 08:10

Fajny temat. Lubię takie więc dorzucę coś swojego :) Szczególnie, ze czytając wasze naszło mnie na wspominki i przemyślenia :D

Eurobiznes - poza szachami to chyba moja pierwsza gra, w którą za dzieciaka grał ze mną mój Tato. Graliśmy na uproszczonych zasadach (o zgrozo), ale miałem może 5-6 lat. Bardzo lubiłem i do dziś pamiętam rozkładanie Eurobiznesu na podłodze, jaka to była dla mnie frajda. No ok były jeszcze Memory i to chyba ciut wczesniej - ale tam prawie zawsze wygrywałem :mrgreen:

Magia i Miecz - myślę, że dla każdego to część planszowej historii - szczególnie pierwsze i drugie wydanie. To pierwsze ujrzałem u swojego kuzyna mając może 8 lat. Pamiętam jak podobały mi się postaci z gry, ogrom kart wydarzeń i ekwipunku. Zamiast biegać do korony jako pierwszy wolałem gromadzić złoto hehehe :mrgreen: zupełnie nie ogarniałem czarów. Świetne wspomnienia. Gra otworzyła dla mnie zainteresowanie fantastyką, przerodziła się w późniejszą miłość do RPG.

Gry fabularne - chcę wyróżnić krótko bo wtedy rynek planszówkowy w Polsce był na innym poziomie niż dzisiaj i nie oferował możliwości przeniesienia się w fantastyczne światy (może poza Magią i Mieczem). Pierwsze sesje graliśmy jak miałem 10 - 11 lat. I tak przez bite 5 lat. Potem drogi zgranej drużyny światów Wiedźmina, Greyhawka, Forgotten Realms, Wampira czy Dziwnego Zachodu zaczęły się rozchodzić.

MtG - w między czasie pojawiło się na horyzoncie MtG. Pamiętam artykuły w piśmie z grami komputerowymi gdzie gra była promowana kilkoma artykułami. W jakiejś gazecie pojawiły się dwa demo decki (po 20 - 30 kart) wraz ze skróconym opisem zasad. Potem lokalny sklep zaczął sprowadzać karty (czasy maski, wiatrów, avatarów, kto grał ten pamięta). Zaczęła grać cała szkoła, ale był szał! Karcianki kolekcjonerskie na stałe zagościły w mojej głowie.

Warhammer Fantasy Battle - kolejny epizod, już późniejszy bo okolice 15 - 16 roku mojego życia. Niespełnione marzenie lat wcześniejszych - piękne figurki i epickie bitwy na stole. Działo się. To był pierwszy bitewniak w moim życiu, pierwsze pomalowane figurki (paskudy), świetne znajomości z innymi zapaleńcami.

Gra o Tron - pierwsza edycja, która została sprowadzona do Polski przez świeżutko powstały wtedy Rebel. Kupił kolega, przywiózł z Warszawy, nie pamiętam który to był rok, ale byłem jeszcze przed studiami. Otworzyło mi oczy na nowoczesne planszówki. Pokazało jak może wyglądać naprawdę fajna, poważna gra, z ciekawą mechaniką. Po pracach wakacyjnych i odłożeniu pewnej ilości grosza nie muszę mówić co zakupiłem dla siebie ;-) Można powiedzieć, ze to był pewnego rodzaju start.

Legenda 5 Kręgów CCG - Karcianki żyły we mnie długo po porzuceniu MtG i LOTR TCG, w którego grałem po odejściu z Magica. Po skończeniu studiów, rozpoczęciu pracy, obiecałem sobie, że wrócę do tego hobby. z Legendą miałem kiedyś kontakt za czasów starszych edycji (bodaj GOLD). Okazało się, że w Krakowie, w którym mieszałem, spotyka się fajne grono grające nadal w krążki. Nie musiałem się długo przekonywać. Legenda z tamtego okresu nauczyła mnie, że na grę warto czasami wyjść na miasto.

Zimna Wojna - Gra o Tron była pierwsza, ale to od wydania Zimnej Wojny przez Barda w PL zaczął się mój totalny szał na kupowanie gier. Do tej pory grywałem w to co koledzy przynieśli/przywieźli. Po premierze Zimnej Wojny trafiłem tutaj na forum, na BGG i świat stał się inny. Z dwóch pudełek (AGOT i ZW) obecnie jestem posiadaczem prawie 160. (minęło 7 lat?).

RFTG - umieszczę tylko dlatego, że jako pierwsza karciana gra pokazała mi, że istnieją doskonałe gry karciane nie będące grami typu CCG, LCG itp.

BRASS - generalnie Martin Wallace zasługuje tutaj całościowo na duży wpis, ale to od Brassa rozpocząłem swoją drogę do kolekcjonowania jego gier. Nie mam wszystkiego, ale dużo i to wydań Treefrogowo/Warfrogowych. Brass do dziś jest dla mnie doskonałą grą. Age of Steam depcze mu po piętach. Inne jego produkcje, chociaż dzisiaj mogą wydawać się archaiczne i brzydkie, mają swój urok i bardzo lubię do nich wracać. Nie potrafię powiedzieć co mnie tak chwyciło w jego produkcjach, ale pewnie wielu jego fanów nie potrafi tego określić jednym zdaniem. Te gry wtedy były po porostu inne. Wytwory Martina miały kilka wspólnych cech (głównie słabe instrukcje :mrgreen: ), ale za każdym razem chłop produkował coś innego, ciekawego, wyróżniającego się na tle sucharków. Do dziś szacun Panie Wallace!

The Others - Kilka lat ogrywania gier, kupowania na pęczki, brak miejsca i brak zainteresowania Kickstarterem - do czasu pojawienia się The Others. Świetna gra, która otworzyła dla mnie świat Kickstartera i która pokazała, że gry naładowane plastikiem nie zawsze są takie puste w środku i złe.

Guild Ball - Wielki powrót w świat bitewniaków. Gra, która wprowadziła u mnie rewolucję. Zamiast kupować nowe planszówki, kupuję nowe drużyny. Zacząłem malować (pierwszy raz bardziej świadomie niż za czasów Warhammera). Od Lutego 2018 gram minimum raz w tygodniu. Tydzień bez Guild Balla to jak tydzień na odwyku. 67 partii na liczniku (nie minął jeszcze rok) a czas partii to od 1,5 do 2 godzin. Żadna gra nie nabiła tak liczydełka. A nadal jestem w to cienki jak ..... węża.

WoW ale tego wyszło. Ciekawe czy komuś będzie chciało się czytać. Nawet jak nie to dla mnie fajne podsumowanie, taki rachuneczek mojej zgranej historii :mrgreen:
Ostatnio zmieniony 20 lip 2018, 09:18 przez Tyrek, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
RunMan
Użytkownik wspierający
Posty: 1276
Rejestracja: 20 cze 2011, 12:40

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: RunMan » 20 lip 2018, 09:14

Fajny temat, toteż dołączam.

Osadnicy z Catanu - pierwsza nowoczesna gra planszowa w którą zagrałem, także można powiedzieć, że od niej zaczęło się hobby. Niedługo później poznałem kilka innych gier dzięki koledze z klasy, który był już wówczas wciągnięty w planszówki, tak trafiłem m. in. na Cytadelę - pierwsza nowoczesna gra planszowa którą kupiłem, dodatkowo na tym oto forum :)

Pandemic - pierwszy co-op, teraz w podstawkę raczej niechętnie bym już zagrał, ale Legacy było bardzo miłym powrotem.

Onirim - pierwsza karcianka, zagrywałem się w nią solo, urzekła mnie surrealistycznym klimatem i oprawą graficzną.

Do tego momentu to ja byłem osobą, która miała kilka(naście) gier i męczyłem nimi moich znajomych z akademika. Prawdziwy boom nastał gdy wybrałem się na spotkania planszówkowe w jednym z pubów - co tydzień poznawane nowe gry i nowi ludzie, wciąż regularnie uczęszczam.

Avalon - poznana na pierwszym spotkaniu planszówkowym, choć początek nie był łatwy, bo reszta graczy była dość mocno ograna, to bardzo wkręciłem się w ten tytuł. Dzięki tej grze pokochałem social-deduction i ukryte tożsamości.

Terra Mystica - dzięki niej wkroczyłem w cięższe eurosucharki, świetna gra, nigdy nie odmawiam partii.

Troyes - poznana na BGA (które to, swoją drogą, również zasługuje na wyróżnienie, bo swego czasu grałem tam naprawdę sporo), dla mnie kwintesencja euro i ulubiona gra. Po poznaniu Troyes praktycznie każda poważniejsza gra z kośćmi, ma u mnie automatyczne +5 ;)

Tajniacy - jedyny tytuł, który sprawdził się na spotkaniach rodzinnych, świetny w swojej kategorii.

Unlock - zasługuje na wyróżnienie, jako jedyny który naprawdę mi się spodobał z rodzaju gier "jednorazowych", TIME Stories aż tak mnie nie kręci, EXIT jest OK, ale obdarty z jakiejkolwiek warstwy fabularnej, a na kolejne Unlocki czekam z niecierpliwością.

No i na końcu, z przymrużeniem oka, CITY Tycoon jako jedyna gra którą kiedykolwiek wygrałem w konkursie planszówkowym, gdzieś na początku hobby. Do tej pory, mimo prób, nie udało mi się powtórnie zostać wybranym szczęśliwcem :)
BGG | SPRZEDAM | 6% 3Trolle

Awatar użytkownika
Muad'Dib
Użytkownik wspierający
Posty: 1409
Rejestracja: 01 paź 2013, 20:53
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 5 times
Been thanked: 20 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Muad'Dib » 20 lip 2018, 09:29

U mnie nie było aż tak wielu kamieni milowych.

Magiczny Miecz - i inne tytuły jako wydawane przez Sferę. Podstawówka mi minęła na tych grach a potem kompletnie o nich zapomniałem. Trochę grałem też wtedy w MtG, Doom Trooper, Dark Eden ale to nigdy nie były moje karty, korzystałem z zasobów innych pasjonatów :)

Middle Earth CCG aka The Wizards aka METW - coś co faktycznie było kamieniem milowym i to największym w moim życiu. W czasie studiów odkopałem kilka starterów, znalazłem polskie forum i stałem się geekiem. Przez wiele było tylko to ale z biegiem czasu nasze zjazdy zaczęły ewoluować bardziej w stronę planszówek a ja razem z nimi.

Neuroshima Hex - zagrałem na jezdnym z naszych METW-owskich zjazdów i wsiąkłem. Od tej pory zacząłem się interesować grami planszówkowymi i je kupować. Mam olbrzymi sentyment do tej pozycji, nie grałem od czasu pierwszych Mistrzostw Polski ale miejsce na półce zawsze ma.

Potem było już wiele gier ale żadna nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia (może poza Tzolkinem). W swoim rozwoju zaznaczyłbym tylko jeszcze dwa etapy.

Pan Lodowego Ogrodu - wylądowało na stole raptem 2-3 razy ale od tego zaczęła się moja przygoda z crowdfundingiem. Cały czas leży na półce i czeka aż zacznę w niego więcej grać :)

Burning Suns - Po tych wszytkich eurasach, karciankach itd zaczęło mi czegoś brakować w grach, jakiegoś rozmachu itp. I tutaj pojawiło się 4X, mam kilka partii w różne tytuły od zeszłego roku i wciąż mi mało.
IMustNotFear.FearIsTheMind-Killer.FearIsTheLittle-death ThatBringsTotalObliteration.IWillFaceMyFear.
IWillPermitItToPassOverMeAndThroughMe.
AndWhenItHasGonePast,IWillTurnTheInnerEyeToSeeItsPath.
WhereTheFearHasGoneThereWillBeNothing. OnlyIWillRemain.

Awatar użytkownika
zakwas
Użytkownik wspierający
Posty: 1770
Rejestracja: 19 mar 2014, 00:45
Lokalizacja: Zgierz
Has thanked: 4 times
Been thanked: 5 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: zakwas » 20 lip 2018, 09:47

Ja długi czas grałem za dzieciaka w Pokemon TCG z bratem. Grałem dużo, dopóki nie wyrosłem z tematu. Potem było długo nic.

Wróciłem do grania non stop trochę dzięki Pratchettowi i żyłce zbieractwa - postanowiłem kupić na półkę Świat Dysku: Ankh Morpork i zdecydowanie nie leżała tam często. ;)

Potem od pudełka do pudełka, trafiłem na Tzolk'ina i zostałem zdefiniowany jako eurogracz na lata. Zamiana surowców na droższe, ustawianie pracowników, pogarda dla kostek. Tak mi zostało w zasadzie do dziś.

Pierwszą grą, która mnie lekko wyrwała z optymalizacji i tabelek w excelu było świeże jeszcze This War of Mine - pierwsza gra w której rzuty kostką na sprawdzenie powodzenia akcji mnie nie doprowadzały do pasji - wpisało mi się to w tematykę i mechanikę gry tak pięknie, że absolutnie tu usprawiedliwiam każdy wynik. Po ograniu kilku innych tytułów z mocniejszym tematem niż drewniana kostka symbolizująca skałę doszedłem do wniosku, że zostanę jednak przy euro, bo losowość mnie dalej wkurza, ale jestem w stanie ją w całości zaakceptować w kooperacjach i grach solo, gdzie losowość uwala wszystkich, a nie daje wygraną innemu graczowi.

I tak dotarłem do Horroru w Arkaham LCG w który zainwestowałem równowartość kiepskiego, ale sprawnego samochodu. :mrgreen:

Awatar użytkownika
cezner
Użytkownik wspierający
Posty: 2770
Rejestracja: 30 wrz 2005, 20:26
Lokalizacja: Opole
Has thanked: 1 time
Been thanked: 5 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: cezner » 20 lip 2018, 12:50

Labirynt Śmierci firmy Encore - zakupiony gdzieś w okolicach chyba 83- 84 roku. Szukałem Bitwy na Polach Pellenoru a przez przypadek znalazłem Labirynt (obszedłem wtedy kioski w chyba 1/3 Wrocławia). Potem jeszcze była kserówka właśnie Bitwy, Gwiezdny Kupiec i Odkrywcy Nowych Światów. Labirynt pokazał mi, że mogą istnieć inne gry niż tylko szachy, warcaby i karty do brydża. Właściwie wszystkie gry Encore to było jak objawienie :-)

Potem Magia i Miecz gdzieś w okolicach końca lat 80-tych. Łupaliśmy w to przez rok prawie codziennie.

Potem były studia i posucha w grach.

Potem jakieś wojenne: Kreta, Wojny Napoleońskie. Ale nie było w to z kim grać.

A potem znajomy przywiózł z Niemiec Die Siedler von Catan, gdzieś w okolicach chyba 98-99 roku. No i to było kolejne objawienie.

Potem wybrałem się na wycieczkę do Berlina. Wpadłem do sklepu z zabawkami i wziąłem Catana i jeszcze pierwsze lepsze pudełko z grą. A tą grą było Puerto Rico. Instrukcję do niej po polsku znalazłem w Gnieździe (była taka strona w necie, na której były omawiane nowoczesne gry - tak przy okazji ciekawe, kto to prowadził). No i to było kolejne objawienie.

Kolejny zakup to Game of Thrones. To chyba było gdzieś w okolicach 2005 roku. Jaka to była dobra gra. Ale już w nią nie gram...

No i tak już poszło... Kolejne to El Grande, San Marco, Zug um Zug Europa (czyli Wsiąść do Pociągu) itd...

Pixa
Użytkownik wspierający
Posty: 2112
Rejestracja: 10 lip 2013, 13:24
Been thanked: 1 time

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Pixa » 20 lip 2018, 17:47

Moje zainteresowanie planszówkami mocno osłabło, gram rzadko - może raz na miesiąc. Niemniej jednak kiedyś byłem mocno nakręcony, a i teraz chętnie siądę do gry od czasu do czasu. Moje kamienie milowe (kolejność po Catanie przypadkowa):

Osadnicy z Catanu - pierwsza nowoczesna gra planszowa, w którą grałem. Proste zasady, dużo funu, losowość nie przeszkadzała.

Neuroshima Hex - do tej pory mój numer jeden. Wsiąkłem na całego, kupuję dalej nowe armie, biorę udział w mistrzostwach Polski.

Osadnicy NI - świetna karcianka, podobało mi się kręcenie silniczka, robienie combosów. Jednocześnie były to combosy do opanowania, a nie jak w "Na chwałę Rzymu" gdzie ilość kart na ręce i punktów potrafiła wzrosnąć lawinowo. Oprócz tego Osadnicy NI urzekli settlersową grafiką i choć zbliżeni do RftG, jednak mają palmę pierwszeństwa.

Listy z Whitechapel - proste zasady, ale mózg aż parował, a emocje niewyobrażalne. Z perspektywy czasu jest za długa - 2,5h na jedna partię to jednak sporo.

Robinson - pierwsza kobyła, w której instrukcja to była mała książka. Dużo emocji, koniecznych wobec nieprecyzyjnej instrukcji home-rulsów, ale jednak jest to gra wybitna

Na półce od premiery stoi "Time Stories" (ile to już czasu? 2 lata?) i jak w końcu zbiorę ekipę, to mam nadzieję, że będzie to kolejny kamień milowy.
--
10% planszoweczka.pl

feniks_ciapek
Użytkownik wspierający
Posty: 662
Rejestracja: 09 lut 2018, 11:14
Has thanked: 35 times
Been thanked: 32 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: feniks_ciapek » 21 lip 2018, 02:02

cezner pisze:
20 lip 2018, 12:50
Labirynt Śmierci firmy Encore - zakupiony gdzieś w okolicach chyba 83- 84 roku. Szukałem Bitwy na Polach Pellenoru a przez przypadek znalazłem Labirynt (obszedłem wtedy kioski w chyba 1/3 Wrocławia). Potem jeszcze była kserówka właśnie Bitwy, Gwiezdny Kupiec i Odkrywcy Nowych Światów. Labirynt pokazał mi, że mogą istnieć inne gry niż tylko szachy, warcaby i karty do brydża. Właściwie wszystkie gry Encore to było jak objawienie :-)
O właśnie, dokładnie tak, może w innej kolejności - Odkrywcy Nowych Światów - pierwsza gra solo, Wyprawa na Proxima Centauri - pierwsza gra z plastikiem. Labirynt Śmierci - pierwszy dungeon crawler. Gwiezdny Kupiec - pierwsza gra z doskonałym tłem, której ustawianie zabierało pół dnia. Wojna o Pierścień z Encore - epicka przygodówka/strategia. Bogowie Wikingów - lepsze od Blood Rage'a ;) Magia i Miecz jako pierwsza przygodówka. Różne strategie z Dragona, ale też Stratego - podobnie brak ekipy do grania. Obcy jako pierwsza gra na podstawie filmu. Dreszcz w "Razem" - pierwsza paragrafówka z literówką uniemożliwiającą ukończenie. Wojownik Autostrady - pierwsza książkowa paragrafówka. Kurczę w sumie nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wiele wtedy grałem. Bat-Man, Komandosi, Robin Hood, Przekleństwo Mumii - pierwsza gra na planszy 3D :)

Potem RPGi, Battletech, karcianki Magic the Gathering, ale w zasadzie raczej Rage. A potem długo, długo nic i dopiero ostatnio Pandemia - pierwszy koop, Battlestar Galactica - pierwszy koop ze zdrajcą. Cywilizacja - pierwsza gra z wieloma drogami zwycięstwa. Pandemia Legacy - pierwsza gra legacy. I wreszcie w końcu ostatnio Twilight Imperium 4 - epicka gra 4x. Pierwszy wsparty Kickstarter - Nemesis. Pierwszy zakupiony Kickstarter - Lords of Hellas.

Chyba tyle.

Awatar użytkownika
Grzdyll
Użytkownik wspierający
Posty: 421
Rejestracja: 14 lip 2013, 22:06
Has thanked: 10 times
Been thanked: 12 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Grzdyll » 22 gru 2018, 16:01

Skoro prawie koniec roku i czas różnych podsumowań to odkopię stary wątek, może ktoś jeszcze będzie chciał opisać swoje najważniejsze gry w planszówkowej drodze?

Awatar użytkownika
lintu
Użytkownik wspierający
Posty: 368
Rejestracja: 26 lut 2011, 21:57
Lokalizacja: Katowice

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: lintu » 21 sty 2019, 21:31

Bardzo ciekawy temat! Szczególnie dla osób, które w tym hobby siedzą już jakiś czas. U mnie będzie to jakieś 10 lat, w trakcie których mój gust ewoluował, a przez palce przeleciała mi cała masa tytułów, z których część zagrzała miejsce na mojej półce i w serduszku na dłużej. Naszą podróż zaczniemy od...

Dungeoneer: Krypta przeklętych - no, to w zasadzie nie do końca planszówka, a raczej karcianka - i to w dodatku z gatunku tych mniej udanych (kto walczył z niezrozumiałą instrukcją, ten wie o czym mówię). Kupiłem ją, bo na nią akurat było mnie stać (kosztowała 50 zł, podczas gdy "duże" planszówki 100 zł więcej), miała fajną grafikę na pudełku i obiecywała ciekawą przygodę w świecie fantasy. Kolega dokupił jeszcze dwie inne części i graliśmy, łącząc je w wielkie lochy. Dungeoneer spadł jednak z rowerka, kiedy poznałem pełnoprawne gry planszowe., a konkretnie...

Chaos w Starym Świecie - to moja pierwsza duża gra planszowa, wcześniej grałem jedynie w Dungeoneera, CCG i próbowałem wejść w bitewnego Warhammera 40k. W pewnym momencie olśniło mnie, że zamiast wydawać 200 zł na 5 figurek, do których będą musiał dokupić jeszcze parę takich zestawów i znaleźć drugiego takiego frajera z własną armią, można przeznaczyć te środki na pudełko, w którym znajdę figurek kilkadziesiąt i która umożliwi mi granie od razu. Chaos wybrałem sobie na prezent po blisko godzinnym posiedzeniu w ś.p. stacjonarnym sklepie Barda w Katowicach i obejrzeniu kilkunastu tytułów. Wchodząc do sklepu, o planszówkach nie wiedziałem zupełnie nic. Okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Chaos to gra, którą wciąż uważam za świetną - odpowiednio złożona, przystępna, dająca dużą frajdę i atrakcyjna graficznie.

Twilight Imperium 3 ed. - chorowałem na tę grę, odkąd ujrzałem wielkie pudło za 300 zł we wzmiankowanym wyżej Bardzie. Jakiś czas później dorobiłem się własnego egzemplarza wraz z dodatkami. Chociaż gra sama w sobie jest lekko rozczarowująca, to każda partia w nią jest dużym, celebrowanym odpowiednio wcześniej wydarzeniem. Nawet jeśli to wydarzenie występuje raz na 3 lata. Podobnie historia wygląda ze Starcraftem, w którego zagrałem dosłownie raz, ale stoi dumnie na półce jako symbol spełnionych, szczenięcych marzeń.

Descent - umieszczam ten tytuł przewrotnie, bowiem pokazał mi wydatnie, jakich gier NIE LUBIĘ. Chociaż sesje D&D czy heroiczne przygody to tematy bardzo mi bliskie, gra kompletnie mnie rozczarowała i było to w pewien sposób formatywne doświadczenie.

Terra Mystica - to pierwsze pełnoprawne euro w mojej kolekcji. Co ciekawe, do zakupu zachęciła mnie tematyka i klimat - wtedy jeszcze nie wiedziałem, w co się pakuję i jak bardzo będzie mi chrzęścić między zębami :)

Gloomhaven - po Descencie byłem przekonany, że dungeon crawlery to zupełnie nie moja bajka. Długo opierałem się hype'owi, potem doszły problemy z dostępnością i konieczność gruntownego przemyślenia, czy na pewno jestem gotów wydać 600 zł na grę planszową. Ostatecznie zaryzykowałem i mogę śmiało powiedzieć, że to najlepszy planszówkowy zakup w historii mojego hobby. Gloomhaven ląduje na stole regularnie, mam za sobą ponad 20 scenariuszy i jak przy żadnej innej grze czuję ciągłą chęć, by w nią grać. Każda inna gra po dwóch, trzech partiach mi się nudzi i na pewien czas odwiedza półkę, bym nabrał na nią ochoty na nowo - tutaj to uczucie się nie pojawia. Prosta, niemęcząca, a przy tym głęboka mechanika, rozsądnie i stale dawkowane nowości, masa treści - pierwsze miejsce na BGG jest nie od kozery. Arcydzieło.
...Ale dungeon crawlerów i tak nie polubię :)

Awatar użytkownika
siekan
Użytkownik wspierający
Posty: 446
Rejestracja: 28 gru 2014, 09:47
Lokalizacja: Rzeszów
Has thanked: 3 times
Been thanked: 5 times
Kontakt:

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: siekan » 23 sty 2019, 16:29

U mnie wszystko zaczęło się od starego wydania Twierdzy, gry z zamkiem w 3D. O, jakież to było dobre. Jedyny problem był taki, że czekało się całą wieczność, aż przeciwnik ruszy swoje jednostki.
Później było długo długo nic, aż kupiliśmy karciankę Zombiaki, w którą zagrywaliśmy się prawie dzień w dzień. Pierwszą nowoczesną planszówką był Smallworld i było ok, ale teraz już bym do niej nie siadł.
Sporym kamieniem milowym było znalezienie stałej ekipy do gry, którzy zaprosili mnie na Chaos w Starym Świecie - to był chyba największy przełom. Od tamtej pory planszówki to moje największe hobby. Od CHwSŚ gram praktycznie co tydzień. Grałem głównie w area control i naparzanki na planszy.
Ostatnim z większych kamieni milowych był Great Western Trail - od czasu zagrania moje gusta poszły w stronę euro :) W chwili obecniej to ogrywanie Lacerdy. Co będzie później - czas pokaże :)

Koperty
Posty: 89
Rejestracja: 19 wrz 2016, 21:25

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Koperty » 23 sty 2019, 18:37

U mnie byly 3 kamienie milowe: Eurobiznes za malolata i jeszcze z 9 lat temu zagralem ostatnia gre w ta gre :). Pozniej szachy byl moment, ze duzo gralem. Potem byla dluga przerwa az wlasnie gdzies do 2010 roku kiedy zagralismy rodzinnie w Eurobiznes i niedlugo potem po wielu czytaniach w internecie i recenzjach kupilem Brassa i sie zaczelo :)

Dzis staram sie tylko wychwytywac perelki zeby nie kupowac wszystkiego jak leci.

Awatar użytkownika
Elrond
Posty: 62
Rejestracja: 26 lut 2013, 12:51
Lokalizacja: Białystok

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Elrond » 25 sty 2019, 15:59

Na początku było...były gry typu "bezdennie głupi wyścig" :), czyli rzuć kostką i porusz się do przodu o tyle pól w kierunku mety (ale frajda była jak się miało kilka lat). Dalej jaies chińczyki itp.
Potem nadeszły Warcaby i ich różne odmiany. Następnie jak miałem 6-7 lat ojciec zaczął mnie wkręcać w Mastermind'a oraz Szachy. Trochę pykaliśmy rodzinnie w Fortunę (Eurobiznes).
Największy "przełom" to była Magia i Miecz (Talisman), gdzie graliśmy całą rodziną ze wszystkimi dodatkami. To było to i wielka fascynacja fantastyką.
No i dalej nadszedł totalny planszówkowy odjazd i orgazm...a mowa oczywiście o grach firmy Encore. Miałem wszystkie i wszystkie były rewelacyjne. Najwięcej tłukłem w Labirynt Śmierci, Odkrywcy Nowych Światów, Gwiezdnego Kupca, Bitwę na Polach Pallenotu (książka życia czyli Władca Pierścieni) i Wojna o Pierścień oraz Bogów Wikingów. Doszły jeszcze bitwy strategiczne i najbardziej pamiętam Ardeny 1944.
Dalej nastała planszówkowa "zapaść", gdyż odkryłem RPG. Właściwie pierwszy system stworzyłem sam, a potem odkryłem Kryształy Czasu wydawane w Magia i Miecz i cudownego Warhammera rpg. Przygoda z rpgami trwała kilkanaście lat i potem nastąpił powrót do planszówek za sprawą Horroru w Arkham. Teraz mam kilka szaf wypełnionych grami, tylko czasu nie ma, by grać :)

Aha w międzyczasie pykałem troche w Warhammera 40K i gram w ukochanego Space Hulka.

No to tak w wielkim skrócie :)

Awatar użytkownika
Jan_1980
Użytkownik wspierający
Posty: 1776
Rejestracja: 18 maja 2016, 18:18
Lokalizacja: Gdynia
Has thanked: 10 times
Been thanked: 7 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Jan_1980 » 25 sty 2019, 16:04

Elrond opisał dokładnie moją historię. Jedyna różnica to że nie grałem w Warhammera 40K i Space Hulka a w Necromunde i Mordheima.
Czy gracze wojenni śnią o drewnianych owieczkach? TAK!
Moja kolekcja:
https://boardgamegeek.com/collection/user/Janek1980

Awatar użytkownika
donmakaron
Użytkownik wspierający
Posty: 2411
Rejestracja: 16 kwie 2009, 09:33
Has thanked: 20 times
Been thanked: 47 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: donmakaron » 25 sty 2019, 16:23

Pierwsze spotkanie miałem z jakimiś plewami co się walały po przedszkolach w latach dziewięćdziesiątych. Potem coś tam zobaczyłem, usłyszałem i zacząłem polować na jakąś taniego gatewaya. Padło na Drakona, przy którym spędziliśmy niejeden wieczór ze współlokatorami. Ale prawdziwy kamień milowy to był Pandemic, który umilił nam jedne wakacje. Elegancka mechanika i replayability przekonały mnie do planszówek ostatecznie. Dalej chyba Battlestar: Galactica i zauroczenie ameritrashem oraz social deduction. Gdzieś po drodze Neuroshima: Hex, którą wałkowaliśmy (wałkujemy!) z bratem do oporu i Cyklady, które wałkowaliśmy w studenckim gronie do wytarcia żetonów. Na tym etapie świat planszówek się przede mną otworzył całkowicie i coraz trudniej było o kamienie milowe, bo po prostu grało się we wszystko, poznawało coraz więcej, rzadziej zdarzały się gry rewolucjonizujące poglądy. Przyszła za to pora na karciankę i poświęcenie jednej grze sporej części swojego życia - to Android: Netrunner. Gdzieś dużo później wpadły jeszcze dwa znaczące tytuły: Twilight Imperium jako gra-styl-życia oferująca cały dzień zabawy i TIME Stories, które pokazało że jeszcze można zrobić w tym medium coś nowego, świeżego i zachwycającego. Honorowo zaliczyłbym jeszcze Hellboy: The Boardgame, czyli pierwszy kontakt z grami z kickstartera i inne podejście do rozbudowywania kolekcji.
Aktualnie czekam na następny kamień milowy ;)

Awatar użytkownika
Katia
Użytkownik wspierający
Posty: 122
Rejestracja: 12 lut 2018, 15:48
Lokalizacja: Lubelszczyzna
Has thanked: 16 times
Been thanked: 1 time

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Katia » 25 sty 2019, 17:19

W sumie to trudno jakoś określić mi moje kamienie milowe, ale pewnie kilka lat temu "Drakon" oraz w tamtym roku "Ora et labora" i "Troyes" jako wkręcenie się w hobby i "Władca Pierścieni LCG".
3trolle - 6%

Awatar użytkownika
donmakaron
Użytkownik wspierający
Posty: 2411
Rejestracja: 16 kwie 2009, 09:33
Has thanked: 20 times
Been thanked: 47 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: donmakaron » 25 sty 2019, 18:03

Katia pisze:
25 sty 2019, 17:19
W sumie to trudno jakoś określić mi moje kamienie milowe, ale pewnie kilka lat temu "Drakon" oraz w tamtym roku "Ora et labora" i "Troyes" jako wkręcenie się w hobby i "Władca Pierścieni LCG".
O! Władca PIerścieni! Racja. Na długo zdominował granie w parze w domu. Nie liczyłem ale lekką ręką pół tysiąca partii za nami, może nawet ponad tysiąc. Gra instytucja, która odmieniła nasze domowe zwyczaje.

Darkstorm
Użytkownik wspierający
Posty: 150
Rejestracja: 04 gru 2018, 09:48
Has thanked: 1 time
Been thanked: 9 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Darkstorm » 26 sty 2019, 10:50

Ja za dzieciaka zagrywalem się pseudo planszowkami dodawanymi do Kaczora Donalda.
Natomiast moja pierwsza poważna planszowka to był chyba Miliard w rozumie. Później standardowy Eurobiznes a potem jeszcze do końca podstawówki MTG. Następnie dłuuuga przerwa przeplatana pojedynczymi rozgrywkami w przypadkowe giereczki. Dopiero jako sam utrzymujący się człowiek kupilem sobie z żona Talismana no i się zaczelo. Kupno wszystkich dodatków a potem poszukiwanie nowych ciekawych tytułów. Obecnie Talisman trochę się kurzy ale to on spowodował lawinę, przez którą portfel płacze😉

Awatar użytkownika
Ayaram
Użytkownik wspierający
Posty: 832
Rejestracja: 12 lip 2014, 21:24
Lokalizacja: Bydgoszcz
Been thanked: 1 time

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Ayaram » 26 sty 2019, 11:24

U mnie takim pierwszym "nie-chińczykiem" był pokemon ccg jeszcze w czasach podstawówki za czasów pierwszych terii. Kupiłem wszystkie theme decki, bo akurat była promocja w Auchan wszystkie za 5zł i tylko dlatego było mnie na nie stać ;) Grało się tymi okrojonymi taliami w okrojony sposób (z bratem wtedy jeszcze nie znaliśmy angielskiego, więc totalnie nie wiedzieliśmy co robią karty przedmiotów, więc graliśmy bez nich :D ) ale i tak było super.

Potem warto wspomnieć, może nie o planszówkach, ale o grach komputerowych posiadających "planszówki feeling" które warto wymienić przy tej okazji czyli Etherlords II oraz Naruto-arena.

Pierwszą natomiast spotkanie z nowoczesną planszówką to było Hanabi, którą kolega zabrał na wypad wspinaczkowy. Nie była ona jakaś nie wiadomo jak super, ale była wystarczająca dobra, bym postanowił "też sobie kupie jakąś grę na wyjazdy!".

I tak po powrocie zacząłem poszukiwania i nabyłem swoją pierwszą planszówkę, czyli Cytadelę . W tym czasie akurat był pre-order pl wersji Summoner Warsów na których się natknąłem i od razu pojawiła się myśl "kurcze! to wygląda jak te stare gry co uwielbiałem, biorę!". W między czasie zanim SW przyszło nabyłem Robinson Crusoe i to bym nazwał dopiero grą od której zaczełą się moja miłość do planszówek. W niedługim czasie trafiłem do jakiegoś klubu z grami i wsiąkłem na dobre.

Potem jedynymi grami "przełomowymi" to były może Troyes przy którym zrozumiałem, że wbrew pozorom bliżej mi do euro gracza niż do klimaciarza i całe życie żyłem w kłamstwie i Dominion przy którym odkryłem, że w krótkich grach jest potęga.

Awatar użytkownika
Neoptolemos
Użytkownik wspierający
Posty: 924
Rejestracja: 09 sty 2014, 18:30
Has thanked: 14 times
Been thanked: 26 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Neoptolemos » 28 sty 2019, 16:11

U mnie w kolejności chronologicznej:

Brydż - dziadek zaczął mnie uczyć, jak miałem bodaj z 7-8 lat. Sam rozpisał książeczkę z zasadami i tabelkami otwarć/wistów/schematów licytacji i ćwiczył ze mną, grając na 3 ręce... i tak co wakacje, w wieku 13-14 lat grałem z jego kolegami oraz regularnie z rodzicami i bratem. Do dzisiaj w każde święta po wyjściu gości wyciągamy karty i do 4-5 rano rżniemy kolejne robry.

Magic: The Gathering (i poniekąd Pokemon TCG) - późna podstawówka i wczesne gimnazjum, nie miałem tego tak dużo jak niektórzy koledzy, ale prawie co przerwę cisnęliśmy w Magica. Zagrałem z rok temu ponownie i odłożyłem na półkę, żeby nie psuć wspomnień... ale to m.in. przez Magica zostałem geekiem.

Osadnicy z Catanu - pierwsza nowoczesna planszówka, niby mieliśmy wcześniej Scotland Yard, ale to Catan był pierwszym prawdziwym oczarowaniem, po którym przez lata "obraziłem się" na karcianki bez planszy. Do dzisiaj uwielbiam i się nie wstydzę.

Jungle Speed - hit wyjazdów szkolnych i studenckich. Dziś już nie grywam, bo miejsce Jungle Speeda zajęły chociażby Szalone Zegarki i Bankrut, ale swego czasu był bezkonkurencyjny.

Wysokie Napięcie - pierwszy eurosuchar pełną gębą. Do dziś pamiętam swój szok, jak bardzo nielosowa może być planszówka i zachwyt mechanizmem catch up (którego nazwę poznałem zresztą dopiero prawie 10 lat później).

Pandemic - pierwszy coop i miłość od pierwszego wejrzenia. Dziś już mój zachwyt kooperacjami nieco ostygł (a raczej: przerzucił się na kooperacje real-time, bez syndromu lidera), ale Pandemia z dodatkami wciąż jest dla mnie fenomenalna.

Dice Masters - nie pierwsza gra kolekcjonerska, ale pierwsza, w którą zacząłem grać turniejowo. Obecnie grywam w Dice Masters i GoT LCG, ale i parę innych kolekcjonerek trafiło na półkę (Władca Pierścieni LCG, X-Wing, Star Wars Przeznaczenie).

Unlock - sam koncept mnie naprawdę zauroczył i zachęcił do testowania kolejnych gier escaperoomowych/jednorazowych, ale do dziś seria Unlock jest dla mnie najfajniejsza.

Star Wars: Rebelia (a w nieco mniejszym stopniu Chaos w starym Świecie) - i zrozumiałem, że jednak mam w sobie coś z ameritrashowca.

ODPOWIEDZ