Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Tutaj można dyskutować na tematy ogólnie związane z grami planszowymi, nie powiązane z konkretnym tytułem.
Pumar
Posty: 44
Rejestracja: 06 wrz 2018, 16:17
Has thanked: 3 times
Been thanked: 1 time

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Pumar » 28 sty 2019, 23:09

U mnie początek pewnie podobnie jak u większości ;)

Dużo szachów, trochę Eurobiznesu i innych wojen/makao za dzieciaka. Jedną grę którą pamiętam za inność był Super Farmer :d Ale od dziecka nie grałem, nie chcę psuć sobie wspomnień ;) Z tego wszystkiego pozostały tylko szachy.

Gimnazjum to MTG - niestety/na szczęście w najbliższym otoczeniu było tylko parę osób co grało, więc nie było jakoś dużo sensu kupować ciągle to nowych kart. Gdzieś tam jeszcze przewinęły się jakieś bardzo amatorskie RPG, ale zawsze chorowały na brak dobrego/chętnego mistrza gry.

Liceum/studia, nagle wszyscy mieli jakąś jedną planszówę - same imprezówki typu Jungle Speed, ONUW czy Cards Against Humanity (drukowane na zwykłych kartkach a4 i wycinane;p) ale trochę się tego nagrało aż człowiek sam miał chęć pograć w coś :)

Pierwszą (bodajże) własnością byli oczywiście Osadnicy z Catanu. Tak jak tej gry teraz nie lubię, tak przegraliśmy w nią wiele dni. Po dodaniu 3 kostki (tip gdzieś z reddita, w celu zmniejszenia losowości) gry potrafiły trwać po 3 godziny ;)

Firefly: The Game - gra dostana z redditowego Secret Santy, od super santy (polecam serial tak w ogóle)! To też chyba gra która rozpoczęła moje prawdziwe zbieractwo planszówkowe które wciąż trwa;)

Typowo pierwsze coopy to Pandemic i Ghost Stories, pierwsza styczność z ameritrashem - Horror z Arkham, pierwsze fajniejsze euro - Concordia.

oddball Aeronauts - pierwszy kickstarter, wyszedł spoko choć gra nie przypadła mojej drugiej połówce do gustu, przez co leży bardziej jako pamiątką, którą mam nadzieję kiedyś jeszcze zagrać.

Stworze - odczarowało mi wszelkie wspieraczki na dobre ;) Tzn. zdarza mi się nadal coś wesprzeć, ale już piękne figurki i ładne obrazki nastawiają mnie nawet bardziej negatywnie ("pewnie tylko grafika, jak będzie dobre to kupię w sklepie") i więcej razy się zastanowię zanim coś wesprę.

Tajniacy - na nowo odkryte imprezówki, które jednak nie tylko muszą opierać się na szybkości/pytaniach/ukrytych rolach. Za tym przyszedł wspaniały Skull (mamy 10minut? może skull?:))

Troyes - chyba ostatni kamień milowy jednocześnie fajny i smutny. Fajny - odkryłem typ gry którą uwielbiam. Smutny - odkryłem typ gry w którą nikt nie chce ze mną grać ;) Podobnie trochę mam też z Cywilizacją Poprzez Wieki ale tutaj akurat z kim zagrać mam, ale nie ma kiedy ;)

Golfang
Użytkownik wspierający
Posty: 518
Rejestracja: 10 wrz 2018, 21:47
Lokalizacja: Będzin
Has thanked: 7 times
Been thanked: 7 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Golfang » 14 sie 2019, 08:31

Moje początki przygody z planszówkami to lata 80te. Tata kupił dwie gry - Labirynt Śmierci oraz Gwiezdnego Kupca (nie pamiętam, który to dokładnie był rok oraz czy kupił je w tym samym roku ale wiem że w domu były obie. Obie gry te gry to był KAMIEŃ MILOWY dla mnie:
1. Labirynt Śmierci - fantastyczna gra dla dziecka w wieku około 10 lat. Graliśmy we troje - ja, ojciec oraz mój starszy brat. Było genialnie - w końcu robiliśmy coś razem - prawda? Drużyna śmiałków biega po lochach zabijając "śmierdzące" Kronki :). To jest pierwsza gra jaką pamiętam. Obecnie mam wydrukowaną tę grę, nie jest już tak wciągającą ani tak fantastyczna - ale dla mnie ciągle będzie na szczycie listy gier (moich)wszechczasów.

2. Gwiezdny Kupiec - to jest także kamień milowy w moim planszówkowym życiu. Jednak kompletnie w drugą stronę. Jako około 10 latek miałem grać w tak bardzo skomplikowaną grę jak to? Oczywiście zawsze dostawałem baty od brata (4 lata starszego). Gra mnie totalnie do siebie zniechęciła - pokazała że mogą być słabe gry planszowe.

3. Master Mind - tata także przyniósł taką grę. Kurde czy to gra? Nie możliwe. Przecież GRA musi mieć jakąś fajna kolorową planszę, albo labirynt się układa, walczy z potworami! A to? Okazało się, że to świetna gra - jak tylko nauczyłem się w to grać. Bardzo mi się ta gra spodobała i sporo w nią graliśmy. Chociaż dzisiaj wiem, że to takie raczej puzzle.

Przez kolejne lata pojawiało się trochę tytułów - Bitwa na Polach Pellenoru, Obcy, Bogowie Wikingów, Dreszcz, TransSolar... no i kolejna "magiczna" gra - Magia i Miecz! To ta gra jest moim kolejnym kamieniem milowym!

4. Magia i Miecz - ta gra okazała się dla mnie jeszcze większym hitem niż Labirynt Śmierci. Godzinami zagrywaliśmy się z bratem i tatą, jak oni nie mieli czasu to grałem z kolegami - u mnie w domu, u nich w domu, albo... na klatce schodowej w bloku! Rozkładaliśmy na piętrze koce na nich rozkładaliśmy grę, a sąsiedzi? Musieli nas omijać, przekraczać (inna sprawa że dzisiaj to chyba rodzice nie pozwoliliby dzieciom rozłożyć na całej podłodze piętra kocy i tam grać, a sąsiedzi pewenie by takie dzieciaki zamarudzili). Tak Magia i Miecz jest świetna (w mojej pamięci) - chociaż dzisiejszy Talisman już nie ma takiej magii przyciągania :)

Kolejny kamień milowy to już późna podstawówka. Jadąc do Katowic do pierwszego Empika (to musiał być początek lat 90tych) zobaczyć CO TO JEST TEN EMPIK? No i nadziałem się tam na Warhammer Fantasy Role Play 1 edycja wydanie polskie. W sumie nie wiedząc co to jest kupiłem! Było napisane że to jest gra - no to chciałem spróbować. Tak oto zaczęła się moja przygoda z RPG - kolejny kamień milowy!

5.Warhammer RPG - zakup okazał się strzałem w 10. Ja i koledzy od tamtej pory zagrywaliśmy się w fantastycznym świecie zgnilizny, goblinów, heroicznych krasnoludów, "tęczowych" elfów oraz sprzedajnych ludzi! Dowiedzieliśmy się, że istnieją także inne RPG. W sumie to przez kolejne 10 czy 15 lat grałem w niezliczoną chyba ilość systemów RPG: Warhammer, ADND, Kryształy Czasu (wydawane jeszcze w postaci dodatku do gazety - wiele lat później wydali dopiero książkę), Gasnące Słońca, Cyberpunk 2020, Shadowrun, D&D 3.0, Warhammer 2 edycja (ciągle mam te książki i nawet ostatnio dzieciom poprowadziłem na wakacjach 3 sesje - było fantastycznie), Dzikie Pola, Wiedzmin i wiele innych których nazw już nawet nie pamiętam :). Każdy z tych systemów był super - każda gra świetną przygodą. jednak to Warhammer 1 edycja zostaje kamieniem milowym w moim świecie gier!

Na studiach z powodu zmniejszonej ilości czasu na rpg - szukaliśmy z kumplami czegoś szybkiego. No i trafiliśmy na MTG!!! Ta gra mnie wciągnęła, jak dolnopłuk wciąga do muszli... no wiecie co. Pomimo braku kasy na pierdoły jakoś zawsze mogłem wysupłać na kolejnego boostera :). Zaczęliśmy zbierać w momencie gdy wypuszczono dodatek Tempest. Pamiętam na rynku dostępne jeszcze były Stronghold oraz Wheatherlight, czy też Mirage. Kiedyś pojechałem do Bielska Białej żeby kupić boostery z Ice Age :).
Graliśmy z kumplami na wykładach, w przerwach między wykładami i laborkami. Spotykaliśmy się żeby pograć u którego w domu. Graliśmy na różne sposoby. Drafty, drużynowo we 4kę no i normalnie pojedynkowo.

6.Magic The Gathering Gra mnie wciągnęła na lata, wywaliłem na nią mnóstwo kasy. Obecnie nie mam z kim grać. Jednak nadal kolekcjonuję pełne sety MTG. Najbardziej żałuję że dawno temu sprzedałem swoją stara kolekcję kart do MTG - głupi ja!

Pieniądze uzyskane ze sprzedaży kart pozwoliły mi dojść do kolejnego kamienia milowego - gier bitewnych oraz skirmishowych! Odkryłem Warhammer Fnatasy Battles edycja 6. Kupiłem podstawkę, sprzedałem orki z niej a za uzyskane pieniądze rozbudowałem swoją armię Imperium!

7.Warhammer Fantasy Battles - kolejny skok jakościowy w grach planszowych. Nie dość że gra - to jeszcze ma zarąbiste figurki. W sumie na początku płaciłem za malowanie figurek. Dopiero później jak mi zaczęło brakować kasy - postanowiłem nauczyć się malować figurki. No nie byłem mistrzem i teraz też nie jestem - ale figurki przeze mnie malowane nie wyglądają źle a to już jest coś - no i wiem że zrobiłem je sam! Grałem nie tak często jakbym chciał ale na tyle dużo, żeby uzbierać potężną armię Imperium oraz dorobić się także mocno rozbudowanej drugiej armii Krasnoludów.

Niestety po zakończeniu studiów czasu miałem za mało aby grać w planszówki, rpg czy też bitewniaki. Nastąpiła stagnacja w moim hobby - grałem sporo ale na PC lub konsoli. No niby graliśmy z żoną i jej siostrą w Scrabble - ale to raczej nie często się zdarzało. Dopiero niedawno (ze 2 może 3 lata temu) wybudziłem się z tej stagnacji. Mam teraz sporo gier (samo kupowanie sprawia mi ogromną frajdę), mam trochę więcej czasu na granie oraz próbuję wciągać swoje córki w ten świat. Gram całkiem sporo (nie tak dużo jakbym chciał - ale narzekać nie mogę). Czy jednak od czasu poprzedniego kamienia milowego dotarłem do kolejnego? Tak. To już końcowe kamienie milowe odkryte całkiem niedawno.

8.Robinson Cruzoe Przygoda na Przeklętej Wyspie - pierwsza gra planszowa od wielu lat kooperacyjna (chociaż przecież Labirynt Śmierci też był coopem - ale to było 30 lat temu). Gra jest świetna i dobrze sprawdza się grając z dziećmi.

No i ostatni odkryty kamień, dopiero parę miesięcy temu:

9.Posiadłość Szaleństwa 2 edycja - pewnie zapytacie dlaczego jest to mój kamień milowy. Odpowiedź jest prosta. Gra jest bardzo dobra, ale to nie wystarcza przecież żeby móc nazwać ją kamieniem milowym. Jednakże to ona oduczyła mnie "bać" się, czy też "nie lubić" gier łączących planszówki z komputerem. Od momentu gdy zagrałem w tę grę, nie stronię od gier łączących kompa z planszą - choć nadal uważam, że sama plansza jest lepsza. Jednak w Posiadłości Szaleństwa czy też Władcy Pierścieni Podróże przez Śródziemie dodatek w postaci komputer się dobrze sprawdza (rozważam zakup tabletu do tego typu gier - bo pc 15" za dużo miejsca zajmuje). Tak dobrze wpłynęła na mnie ta gra, że planuję zakup Descent 2 (ponowny- kiedyś już miałem ale nie dało się grać full coop a córce ciężko było ze mną wygrywać) .

Na dzień dzisiejszy oczywiście widzę całe mnóstwo fantastycznych, świetnych, bardzo dobrych gier - jednak nie były to jakieś kamienie milowe w moim życiu. Ciągle czekam i wypatruję kolejnych kamieni milowych :)
----------------
moja kolekcja
moje plany

mordajeza
Posty: 39
Rejestracja: 19 lut 2019, 13:16
Has thanked: 10 times
Been thanked: 13 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: mordajeza » 14 sie 2019, 14:12

To ja też pozwolę sobie na sentymentalną podróż w czasie :)

Etap I - Dom rodzinny
Za dzieciaka zagrywałem się w Szachy z tatą oraz w karcianego Tysiąca z dziadkami.

Etap II i Podstawówka
W międzyczasie poznałem Magiczny Miecz (nawet tworzyłem własne plansze, postacie i karty przygód) i zbierałem (tak, razem z innymi dzieciakami bardziej zbieraliśmy, niż graliśmy) Doom Troopera. Trwało to mniej więcej do 4-5 klasy podstawówki, a później...

Etap III - Mroki nastoletnie
...przez kolejnych kilkanaście lat po gry bez prądu właściwie nie sięgałem - najpierw zastąpiły je rozgrywki elektroniczne, a z czasem w ogóle przestałem grać w cokolwiek. Jedynym wyjątkiem pozostawały Szachy, ale też lądowały na stole sporadycznie.

Etap IV - Nieudane strzały
Po ślubie coś mnie tknęło i postanowiłem znaleźć jakąś grę, w którą mógłbym pograć z żoną. Wtedy też trafiłem na filmowe recenzje Wookiego - do dzisiaj pamiętam swoją reakcję "O matko, co za świr!" W każdym razie jakimś cudem przekonał mnie do Władcy Pierścieni LCG i... niestety pudło (spróbowałem ponownie po kilku latach, już jako dojrzalszy gracz - wciąż mi nie leży). Nie zniechęciłem się jednak i szukałem dalej. I znów dwa razy chybiłem - Teomachia, Carcasonne i Loża Szyderców okazały się bardzo złymi wyborami. Po wrzuceniu łącznie prawie 200 zł w błoto uznałem, że nie ma sensu ciągnąć tego dalej i przyznałem, że planszówki są nie dla mnie. Całe szczęście kasę odzyskałem, sprzedając wszystko na wiadomym portalu aukcyjnym.

Etap V - Splendor!
Kilka lat później znajomi zaprosili nas na sylwestra z planszówkami. Z sympatii dla znajomych poszliśmy, choć nie spodziewałem się jakichś rewelacji. Pierwsza gra - Dixit - totalna porażka. Później Założysz się? i Pędzące żółwie - nawet, nawet. Kolega powiedział, że ma jeszcze jedną grę, ale to taka trochę trudniejsza, może odpuścimy. Okej, odpuściliśmy. Ale następnego ranka padła propozycja, że może jednak spróbujemy. Spróbowaliśmy. Tą grą był Splendor, a moją reakcją jedno wielkie wow! Do tego stopnia, że pożyczyłem ją od kolegi, a kiedy zażądał zwrotu, kupiłem własną kopię.

Etap VI - Proste gry są dla słabych
Po Splendorze wpadłem. Zacząłem śledzić różnych recenzentów, czytać dyskusje na BGG itp. Olśnieniem były m.in. 51. Stan MS i Scythe, które wciąż są w moim Top5 (Splendor dawno wypadł poza wszelkie topki ;) ). Natomiast wzdrygałem się na samą myśl, że można w coś grać po prostu dla funu ("Nie będę więcej grał w coś, gdzie zasady da się ogarnąć w 2 minuty a o zwycięstwie decyduje rzut kością lub szczęśliwy dociąg kart"). Taki stan rzeczy trwał jakieś dwa lata, kiedy...

Etap VII - Gry są dla funu!
...kolega przyniósł na spotkanie Talisman. Zagrałem z sentymentu i... kupiłem własną kopię (już sprzedałem, to swoją drogą). Wtedy coś przeskoczyło w moim mózgu i stwierdziłem, że kurczę, nie ma się co spinać, tu chodzi o dobrą zabawę i przyjemne spędzenie czasu z przyjaciółmi. Nauczyłem się cieszyć z emocji, jakie daje losowość, nawet jeśli nie zawsze wygrywa najlepszy.

Ciekawostka: odkąd z większym luzem podchodzę do stołu, to częściej przegrywam w gry, w które wcześniej byłem wśród znajomych niepokonany. Ale zupełnie mi to nie przeszkadza ;)

Pieter1989
Użytkownik wspierający
Posty: 133
Rejestracja: 20 sty 2017, 09:29
Lokalizacja: Cieszyn
Has thanked: 7 times
Been thanked: 1 time

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Pieter1989 » 14 sie 2019, 15:02

Przejrzałem cały temat i stwierdziłem, że dodam coś od siebie gdyż nie zauważyłem gry wśród przedmówców. Mianowicie....
RYZYKO :)
Chyba rok 2004. Oczywiście wcześniej były jakieś gry z cyklu rzuć kostką i idź do przodu, szachy od dziecka czyli lata 90., ale pierwsza planszówka w którą zagrałem całą partię to właśnie Ryzyko. Było dużo emocji, sami nakręcaliśmy się na różne lądy i kultowe teksty (dla nas kultowe) o atakowaniu danego terytorium tylko z innego bo inaczej się nie uda albo omijania danych terenów bo się kojarzyły w dziwny sposób etc. - wtedy to było śmieszne:)
Tak więc na pewno wstęp do planszówek to właśnie ta gra.
Inne 'kamienie milowe' chyba ciężko jakoś w czasie umiejscowić. Na pewno Osadnicy (najpierw Catan dużo później Trzewiczek), Wsiąść do pociągu, Puerto Rico, Tygrys i Eufrat, Le Havre, Carsassonne - te gry wciągały do hobby. I tak już się wsiąkło:)

emka
Użytkownik wspierający
Posty: 112
Rejestracja: 01 gru 2016, 23:24
Lokalizacja: Poznań
Has thanked: 2 times
Been thanked: 1 time

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: emka » 15 sie 2019, 00:25

U mnie w dzieciństwie królował Eurobusiness, a jeżeli mowa o planszówkach już w dorosłym życiu, to chyba zaczęło się od Sabotażysty jak koleżanka ze studiów przynosiła na uczelnię i grało się w kilka osób w przerwach między zajęciami. Potem któregoś razu wybraliśmy się ze znajomymi do jednej z wypożyczalni/gralni i po kilku nieudanych próbach (Munchkin, którego zasad w ogóle wtedy nie zrozumiałam albo... Pizza XXL :lol: kiedy to poczułam się jakbym znów miała 6 lat) zagraliśmy w Maskaradę - bardzo nam się spodobała. Zaczęłam trochę szperać w internecie na temat innych tytułów, kupiłam CV, potem byli Osadnicy: NI, no i Robinson, w którym się zakochałam i to chyba właśnie ta gra przypieczętowała moje zainteresowanie planszówkami. Następne tytuły Świat Dysku: Ankh Morpork i La Cosa Nostra do pogrania w większym gronie (>2os.) tylko to potwierdziły. Potem potoczyło się już lawinowo i zaczęły dochodzić kolejne i kolejne tytuły.

Awatar użytkownika
miszczu666
Użytkownik wspierający
Posty: 101
Rejestracja: 24 kwie 2018, 15:13
Lokalizacja: Gorzów Wielkopolski
Has thanked: 20 times
Been thanked: 36 times
Kontakt:

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: miszczu666 » 15 sie 2019, 01:38

Podstawówka - początek przygody. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak to się dalej potoczy.
Początek jak wiele innych. Eurobiznes, potem Magiczny Miecz. (znajomy miał podstawkę, mi rodzice nieświadomie kupili dodatek).

Następnie pojawiły się "Celtyckie Miecze", "Szaleńczy Wyścig", "Kryptonim Lew Morski". Zasady tych gier były na wtedy dla mnie zbyt skomplikowane, to jednak się grało według wymyślonych uproszczonych reguł.
Kolejny był Gwiezdny Kupie. Rozsadził mi głowę i leżał przez lata nieruszany, aż zaginał w akcji.

Potem nastał etap rozrywki wirtualnej, który trwał przez około 20 lat, i wyparł z mojej głowy hobby planszówkowe.

Lekko ponad 3 lata temu przypomniałem sobie o tym hobby będąc z żoną na spacerze, gdy natknąłem się na sklep z grami planszowymi (niestety jedyny i już nie istniejący w moim mieście).
Tam wskoczył mi na mordę z impetem "Talisman - Magia i Miecz". Kupiłem, zagrałem z żoną i synem. Sentyment tak mnie uderzył, że w dwa miesiące kupiłem do niego jeszcze 3 dodatki.

Kolejnym etapem po wielu, wielu wielu godzinach z "Talisman'em" okazał się być "Catan", a potem dodatek "Miasta i Rycerze". Nie wiem dlaczego, ale tak wypadło. I dobrze, po spodobało się zarówno żonie, jak i synowi.
I te dwie gry starczyły mi na 1,5 roku. Mało grałem, to niewiele potrzebowałem.

I tu nagle nastała jesień 2017 roku, przechadzając się po Mediamarkt zobaczyłem parę gier. I tutaj porwał mnie szał krwi. "Blood Rage"!!!
Zobaczyłem, sprawdziłem w internecie o co z tym chodzi. Wziąłem. Jakie to było dzikie, taki przeskok z poprzednich gier, że nie wiedziałem jak się teraz odnaleźć w rzeczywistości.

Miesiąc później zamówiłem "Terraformację Marsa" oraz "Roll for the Galaxy". Tutaj kolejny szok i niedowierzanie. Jak gry planszowe mogą być tak różne. I to nawet bez planszy (RftG) WOW!!!

Kolejne kamienie milowe pojawiały się jak tęcza po burzy.
Styczeń 2018 - This War of Mine - szczęka opadła ociekając klimatem
Kwiecień 2018 - Star War Rebelia - Ożesztyjapierdzielę. Nie może być drugiej tak dobrej gry.
Sierpień 2018 - Wojna o Pierścień - Ożesztyjapierdzielę po raz drugi. Jendak może być druga taka gra.
W międzyczasie pojawiło się parę wtop, które nauczyły nie rzucać się na wszystko co mi się podoba na pierwszy, czy drugi rzut oka - "Pośród Gwiazd", "Runebound 3ed". Strasznie mnie wynudziły.
Od tego czasu już kupuję rzadziej, ale bardziej świadomie.
Do kolekcji wrócił "Gwiezdny Kupiec", trafiła pierwsza gra z Kickstarter'a - "Nemesis".

Ostatni kamień milowy trafił mnie w potylicę we wrześniu 2018. I to tak, że mnie poniosło. Kupiłem 2 podkłady, 2 zestawy farb Cytadel, jakieś trawki, piaski, lakiery, pędzle, i zacząłem malować Talisman. Potem Descenta, SW Rebelia, Wojna o Pierścień, Nemesis.

Liczę na jeszcze chociaż ze dwa Kamienie Milowe w moim życiu planszówkowym :D :D :D .
Może przekona mnie jakiś deckbuilder, bo do tej pory się żadnemu nie udało mnie porwać.

Awatar użytkownika
Rikonelli
Posty: 51
Rejestracja: 26 sty 2019, 21:27
Lokalizacja: Gdańsk
Has thanked: 8 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: Rikonelli » 15 sie 2019, 23:52

Świetny pomysł na temat!

Po odpowiedziach widzę, jak strasznym nowicjuszem w planszówkowym świecie jestem :D

Z 10 lat temu (a mam 22) grałem z mamą w Masterminda. Przez całe życie może z 5 razy zagrałem w Eurobiznes, bardzo rzadko komuś chciało się w niego grać, co mnie absolutnie nie dziwi :mrgreen:
Jakiś czas później moja mama kupiła gdzies Rummikub i gra bardzo jej się spodobała, często namawiała nas do gry, ale też rzadko lądowała na stole po kilkunastu partiach, ile można układać klocki? (fani Azula triggered :twisted: )

Od siostry i szwagra, mając z 16 lat, dostałem Jungle Speeda, w którego gram do teraz, zagrałem w to z pewnością najwięcej partii ze wszystkich gier, ale jednak nadal było to granie od wielkiego dzwonu, na stół trafia regularnie dopiero od początku tego roku.

Rodzina dostała też na któreś święta Czarne Historie, z których ograliśmy chyba wszystkie karty. Również fajna, rodzinna gra, ale raczej nie można nazwać jej planszową.


Jednak prawdziwym kamieniem milowym, który na stałe wbił mnie w planszówki, było zagranie w 4 osoby w Tajniaków na piwie u kolegi, kilkanaście dni przed świętami Bożego Narodzenia w 2018 r. (Grę dostałem na urodziny pod koniec maja, a zagrałem dopiero w grudniu :oops: )
Zobaczyłem jak świetne i błyskotliwe są nowe gry.
Gra tak mi się spodobała, że chciałem pokazać ją rodzinie i zabrałem ze sobą na święta. Rodzina podzieliła moje zdanie i rozegraliśmy przez kilka dni z 20 partii. Gdyby istniał w naszej rodzinie plebiscyt "Najlepsza świąteczna gra kiedykolwiek", to jednogłośnie wygrywają właśnie Tajniacy.

Potem, po Nowym Roku, zamówiłem Ocalonych na promocji w Merlinie. Chciałem sprawdzić, jak wyglądają nowoczesne, duże gry planszowe, ale, co ciekawe - nie zagrałem w nich do dziś, przejrzałem tylko elementy i gra stoi odfoliowana na półce :D :oops:

Dostałem też od dziewczyny Dixit, który sobie zażyczyłem, bo chciałem zacząć robić moją małą (haha, dobre, co?) kolekcję.
Z perspektywy czasu widzę jednak, że jarają mnie cięższe, bardziej zaawansowane gry.

Ścieżka potem wyglądała tak (kolejność po dacie kupienia od najwcześniejszych):
1. Duplik - ile to dostarczyło śmiechu na imprezach z kolegami lub rodziną... :mrgreen:
2. Splendor - kupiony z OLX, grany początkowo z dziewczyną, jest OK, ale nic tak naprawdę więcej,
3. Cortex - kompletnie nie to, bardziej spostrzegawcza gra dla dzieci, sprzedane) >
4. Star Realms - zagrałem raz z dziewczyną i kompletnie jej nie siadło i gra kurzyła się na półce, kliknęło dopiero z bratem, z którym zagrałem dopiero po pół roku od kupienia :D)
5. Spartakus: Krew i Zdrada - pierwsza duża gra, w którą zagrałem z kolegami, 2 razy czytałem instrukcję, oglądałem film instruktażowy, a i tak pierwsza rozgrywka była z instrukcją w ręku :D Jednak jak już zaczailiśmy o co chodzi, to każdemu się straasznie spodobało, do teraz to moje top 2.
6. Szeryf z Nottingham - początkowo mnie nie porwała, ale w odpowiednim towarzystwie jest świetna, idealna gra do piwa,
7. Dolina Kupców + Dolina Kupców 2 - bardzo ciekawa karcianka, fajny motyw z łączeniem talii różnych zwierząt, przyjemna jakość kart,
8. Kingdomino - kupiłem na promocji, grałem kilka razy, jest bardzo miło, ale nie ma mnie co w tej grze porwać,
9. Ciężarówką przez Galaktykę - również mocno zależy od towarzystwa, zdarzało mi się zamulać przy układaniu, bo graliśmy z kimś nowym, ale były też fajne partie,
10. Agricola - do teraz na poważnie nie zagrałem, w wariant z kartami zagrałem tylko raz, po wakacjach mam nadzieję grać więcej z kolegami ze studiów,
11. Blood Rage - ŚWIETNIE siadło, nawet bardziej niż Spartakus, wspaniałe figurki, fajne combosy i nieprzerwana interakcja.

następnie cała niewymieniona reszta z mojej kolekcji (patrz podpis), ale już przestałem notować kiedy którą grę kupiłem :D

Teraz na dobre w tym siedzę i tylko przeglądam, co tu nowego kupić do przetestowania :mrgreen:
Bardzo doceniam w planszówkach to, że można z naprawdę niewielką stratą sprzedać gry, które mi nie podeszły.

Jednak naprawdę mało gier ograłem w takim stopniu, w jakim bym chciał. Zamiast grać w to, co już mam i mi się podoba, stale szukam nowości, które mogłyby mnie zainteresować, jednocześnie mając tyle dobrych pozycji we własnej kolekcji, które zaniedbuję. Też tak macie? Jak się tego pozbyć?
Na pewno po części wynika to z faktu, że do grania trzeba zebrać ekipę i poświęcić wieczór na granie, a nie każdy ma na to takie parcie jak ja :cry:

Awatar użytkownika
EsperanzaDMV
Użytkownik wspierający
Posty: 353
Rejestracja: 17 lut 2017, 14:40
Has thanked: 12 times
Been thanked: 20 times

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: EsperanzaDMV » 17 sie 2019, 16:52

Zaczęło się oczywiście od Eurobiznesu. Spędziłem nad tą grą dziesiątki, jeśli nie setki godzin.

Później nadeszła kolej na Magiczny miecz od Sfery. Ze wszystkimi dodatkami. Jak nie miałem z kim grać, to grałem sam kilkoma postaciami naraz. Ta gra zdecydowanie ukształtowała moje dzieciństwo i wyobraźnię.

Później nadeszło gimnazjum i czasy Magic: The Gathering. Cięliśmy z kolegami praktycznie na każdej przerwie. Osobiście nigdy nie byłem i nie będę wielkim fanem składania decków z tysięcy dostępnych kart, talie układałem "na czuja", często wybierając karty nie według umiejętności, tylko ilustracji na karcie, bo zdecydowanie bardziej liczyła się dla mnie zabawa niż wygrana (to zostało mi do dziś).

Później była dłuuuga przerwa na liceum i studia. Dopiero kilka lat temu w krótkim odstępie czasu zagrałem ze znajomymi w Carcassonne, Wsiąść do pociągu i Dixit. To był moment zwrotny - poznałem nowoczesne gry planszowe i wsiąkłem na dobre.

Samodzielne zakupy zacząłem od małych gier, typu Red 7 i List Miłosny.

Pierwszą dużą grą, jaką samodzielnie kupiłem, był Robinson. Później już poszło z górki, obecnie kolekcja gier bez dodatków (a mam ich też sporo) to ok. 40 tytułów... i raczej na takim poziomie pozostanie, więcej gier nie ma sensu kupować bo i tak w większą liczbą trudno regularnie grać.

Z "dużych" gier kamieniem milowym był D&D Legend of Drizzt oraz Star Wars: Rebelia - to dwie najdroższe gry w mojej kolekcji. Obie uwielbiam, obie dostałem jako prezent ;) Najdroższą samodzielnie kupioną przeze mnie grą było Na skrzydłach (i nie żałuję ani złotówki).

Awatar użytkownika
uyco
Użytkownik wspierający
Posty: 1121
Rejestracja: 09 sty 2006, 13:00
Lokalizacja: Poznań
Has thanked: 5 times
Been thanked: 1 time

Re: Nasze "kamienie milowe" rozwoju planszówkowego

Post autor: uyco » 19 sie 2019, 13:29

Golfang pisze:
14 sie 2019, 08:31

1. Labirynt Śmierci -
2. Gwiezdny Kupiec -
3. Master Mind -
4. Magia i Miecz
5.Warhammer RPG
6.Magic The Gathering
Wooow, prawie zupełnie tak samo jak u mnie, z drobnym wyjątkiem, że zacząłem od Odkrywców Nowych Światów. W sumie w tamtych czasach nie było zbyt wielkiego wyboru, jeśli chodzi o gry :mrgreen:
'STAY OUT OF MY TERRITORY.'

kupię sprzedam

ODPOWIEDZ